Wywiad z Panią Sylwią Gil

      Na Wydziale Humanistycznym UMK 10 grudnia 2013 r. odbył się wykład  p. Sylwii Gil, pod tytułem "Tożsamość religijna w budowaniu państwowości Indonezji i Birmy". Pani Sylwia Gil jest prezesem stowarzyszenia Solidarność Polsko-Birmańska i członkinią Stowarzyszenia Polsko-Indonezyjskiego „Sahabat”. Była też stypendystką Międzynarodowego Uniwersytetu Misyjnego Buddyzmu Theravady i zrealizowała projekt budowy szkoły dla dzieci w Birmie. Po wykładzie udzieliła wywiadu dwóm studentkom Studiów Wschodnich i przybliżyła im birmańską codzienność.

 

Jolanta Gęgotek: W którym regionie Birmy był realizowany projekt budowy szkoły?
Sylwia Gil: Dokładnie była to szkoła wraz z biblioteką, w północnym rejonie Birmy, niedaleko miasta Monywa. Największy wkład w jej budowę mieli uczniowie Gimnazjum Społecznego nr 20, znajdującego się w Warszawie na ulicy Raszyńskiej 22, z nieocenioną Panią Dyrektor Krystyną Starczewską.

J.G.: Czy jest to region zamieszkany przez Birmańczyków czy przez mniejszość etniczną?
S.G.: Przez Birmańczyków.

Aleksandra Trojanowska: Ile wynosi roczne utrzymanie takiej szkoły, w porównaniu z polskimi szkołami?
S.G.: Zbudowaliśmy sam budynek i w pewnym stopniu wyposażenie, takie jak: komputer czy wyposażenie biblioteki. Ponadto, co jakiś czas przesyłaliśmy określone kwoty na opłacenie wykładowców, zakup maszyn do szycia dla dziewcząt, przyborów szkolnych czy innych potrzebnych rzeczy. Jednak koszty utrzymania szkoły nie są wysokie, ponieważ jest to kraj ciepły, a w szkole nie ma nawet światła. Prąd w tej wiosce zdobywa się za pomocą jednego generatora, który jest przy klasztorze, więc nie ma kosztów takich jak: opłaty za prąd czy wodę, czy inne. Jest to przestronny budynek, który może zmieścić uczniów, kiedy np. pada deszcz. Inną kwestią są nauczyciele. Z tym jest trudność, bo jest jeden nauczyciel w wiosce i dwie asystentki. Nauczyciel ma średnie wykształcenie, ale cały czas się doucza. W tej chwili, ta szkoła dostała status szkoły, która może organizować egzaminy. W Birmie, po każdej klasie są egzaminy i te wyniki liczą się w oficjalnym wykształceniu. Szkoły, które nie mają takiego statusu, nie organizują egzaminów, więc dzieci, które je ukończą, nie posiadają żadnego zaświadczenia, że odbyły edukację. Natomiast ta szkoła już uzyskała taki status i przeprowadza egzaminy. Dodatkowo trzeba opłacić nauczyciela i asystentki, do niektórych przedmiotów trzeba sprowadzać nauczycieli. To nie są duże sumy i mieszkańcy wioski się na nie składają, ale nie wszystkich na to stać. Z tego wypłaca się nauczycielowi symboliczną pensję, ponieważ przestał się on zajmować rolnictwem.

J.G.: Czy birmański rząd nie utrudnia budowy szkół?
S.G.: Rząd birmański sam nie jest w sanie zapewnić wszystkim dzieciom nauki w stopniu podstawowym, ale też nie jest za tym, by te szkoły się mnożyły. Nie jest łatwo otrzymać prawa uznanej szkoły podstawowej.

J.G.: Jak jest rozwiązana kwestia językowa? W Birmie jest w użyciu bardzo wiele języków, pochodzą one z 4 różnych rodzin językowych. Zazwyczaj w szkołach przyklasztornych uczono pisowni w miejscowym dialekcie. Jak sytuacja wygląda obecnie?
S.G.: Językiem urzędowym jest wyłącznie j. birmański, w tym też języku naucza się w szkołach państwowych. Jest to obecnie jeden z problemów mniejszości etnicznych, które chciałyby wprowadzić własne języki do szkół. Całkiem możliwe, że w szkołach przyklasztornych uczą również tych języków. Zauważyłam, że np. Karenowie wykładają po kareńsku, przynajmniej w Tajlandii.

J.G.: Czy w szkole istnieje podział dzieci ze względu na płeć?
S.G.: To zależy. Jeżeli jest to szkoła tylko dla mnichów, to oddzielnie są chłopcy, którzy jeszcze są nowicjuszami, a oddzielnie dziewczynki. Natomiast reszta szkół, to szkoły koedukacyjne.

J.G.: A jak wygląda pozycja kobiety w społeczeństwie birmańskim?
S.G.: Pozycja kobiety wygląda dość dobrze. Oczywiście widziałam tylko małe fragmenty birmańskiej rzeczywistości, więc trudno mi dokładnie stwierdzić, ale często się przytacza w różnych opracowaniach, że ta pozycja jest bardzo niska. Istnieją wierzenia, że mężczyzna nie może przejść pod damskim sarongiem, który wisi na podwórku. W klasztorze mnie prosili, żeby nie wieszać na podwórku wypranego saronga. Nie można też prać razem damskiej i męskiej bielizny. Z tego powodu niektórzy wnioskują, że pozycja kobiety jest niższa. Czy, np. z tego, że są miejsca w niektórych pagodach, gdzie kobiety nie mogą podejść do końca, tylko z jakiegoś miejsca mogą obserwować, natomiast zbliżyć się mogą tylko mężczyźni. Nie wszędzie tak jest. Fakt, co do saronga, loungyi po birmańsku, panuje powszechne przekonanie, że przejście pod nim przynosi pecha lub oznacza to, że mężczyzna jest pod butem kobiety. Zarówno miejsca w pagodach, gdzie nie może wejść kobieta, czy np. w słynnym obiekcie religijnym Kyaiktiyo (tam również kobiety nie mogą dojść do barierki), bierze się z przekonania – tak jak nam wyjaśniał nauczyciel historii – że kobieta, ze względu na menstruację jest nieczysta, przynajmniej w tym okresie i nie może dotykać, czy podchodzić do obiektów sakralnych. Tak samo kobiety, kiedy mają okres, nie powinny przygotowywać jedzenia, ale występuje to w wielu kulturach, np.: w islamie.
J.G.: Jak sytuacja kobiet wygląda na rynku pracy, czy mogą one zajmować wyższe stanowiska publiczne?
S.G.: Kobiety pracują i to bardzo ciężko. Zajmują się handlem, pracują w urzędach, czy są nauczycielkami. Na wsi kobiety bardzo ciężko pracują, to one zajmują się uprawą ryżu. Ponadto, w polityce jest niewiele kobiet, chociaż Birmańczycy mogą się pochwalić swoją wybitną przywódczynią Aung San Suu Kyi. Nie zauważyłam ograniczania ich roli, jeśli chodzi o zawód.

A.T.: Czy istnieje różnica w wysokości wynagrodzenia?
S.G.: W Birmie, pod względem wynagrodzeń, chyba wszyscy są dyskryminowani. Nie znam, w tej chwili, wysokości płac, ale w urzędach, w 2004 roku, urzędniczka zarabiała 4 dolary, nauczycielka akademicka również zarabiała 4 dolary i określoną ilość ryżu, pod koniec roku jej pensja została podniesiona do 20 dolarów.

A.T.: A czy jest możliwość wyjechania do Birmy na jakąś wymianę studencką?
S.G.: Tylko jeden uniwersytet w Birmie daje stypendium, na którym ja byłam, jest to Międzynarodowy Uniwersytet Misyjny Buddyzmu Theravady. Trzeba mieć specyficzne zainteresowania, ale życie studenckie nie wygląda tak, jak w Polsce. Być może coś się zmieniło, ale nie sądzę. Tam wygląda to jak szkoła, od rana do godziny 16 należy uczestniczyć w zajęciach. W zasadzie jest to tak zorganizowane, że nie można sobie wychodzić swobodnie, szczególnie kobietom zamyka się furtkę o 18 i już nie można wejść. Być może teraz to się trochę rozluźniło, ale ten uniwersytet był o tyle dobry, że ze statusem studenta można było w czasach junty podróżować. Teraz już można swobodnie wjechać do Birmy i przedłużać wizę. Natomiast, jeśli chodzi o jakieś programy wymiany studenckiej, to myślę, że trochę jeszcze potrwa, zanim zostanie nawiązana współpraca w dziedzinie edukacji z Birmańczykami.

J.G.: W 2011 roku parlament wybrał nowego prezydenta. Czy to może przyspieszyć demokratyczne reformy?
S.G.: Prezydent musi posiadać doświadczenie wojskowe. Zgodnie z konstytucją Aung San Suu Kyi nie może zostać prezydentem, właśnie z tego powodu, jak i w związku z tym, że jej dzieci nie mają obywatelstwa birmańskiego. Zmiany w Birmie zachodzą bardzo powoli i widać je głównie w miastach.  Wyraźne jest niezadowolenie wśród mniejszości etnicznych, które za jedyny system możliwy do przyjęcia w Birmie, uważają system parlamentarny, a tego nie chce zaakceptować wojsko. Najważniejsze dla opozycji jest w tej chwili dokonanie zmian w konstytucji. Myślę, że ważnym momentem będą wybory w 2015 r., które pokażą, czy przemiany są realne i opozycja będzie w stanie przejąć władzę.

J.G.: Bardzo dziękuję za rozmowę.