Podróż Ani: pierwsze starcie

     Moja przygoda z Azją zaczęła się w czerwcu w 2011 roku i mogę śmiało powiedzieć, że zmieniła moje życie. Nigdy wcześniej nie interesował mnie Daleki Wschód jako kierunek podróży i wydawało mi się, że wycieczka na drugi koniec świata to skomplikowana i bardzo droga sprawa. Jak się później okazało, wcale tak nie jest. Przypadek chciał, że pojawiła się możliwość wyjazdu w tamte rejony. Razem z moim bratem, Piotrem, przez rok studiował w Hong Kongu, postanowiliśmy się spotkać w Azji i spędzić tam całe wakacje, czyli ponad dwa miesiące. Nie planowaliśmy wcześniej szczegółów, nawet nie wiedzieliśmy jeszcze jakie kraje odwiedzimy. Piotr przez cały tamten rok, korzystając z tanich linii lotniczych, odwiedzał różne azjatyckie kraje i odkrył, że to wcale nie takie trudne – wystarczy niewielki plecak. I tak się wszystko zaczęło.

     Bilety zarezerwowałam w marcu, ale szczerze mówiąc nie byłam jakoś nadmiernie podekscytowana, chociaż oczywiście cieszyłam się, że spędzę wakacje za granicą i poznam nowe miejsca. Wtedy jeszcze nie miałam pojęcia, że ten wyjazd otworzy mi oczy i pozwoli zupełnie inaczej spojrzeć na życie. Jeśli chodzi o kwestie finansowe i szczegóły z tym związane omówię później.

     Przed wyjazdem zastanawiałam się jakie ubrania zabrać, które torebki będą mi pasowały i ile par butów spakować, które szpilki. W końcu miałam tam spędzić ponad 8 tygodni. Ostatecznie moje dywagacje rozwiał Piotr, informując mnie, że żadne stukilowe walizy na kółkach nie wchodzą w grę, oczywiście jeśli wakacje zamierzam spędzić z nim wystarczyć mi musi plecak czterdziesto litrowy. Początkowo myślałam, że to żart, bo jak na kilka tygodni, na drugi koniec świata można zabrać ze sobą jedynie bagaż niewiele większy niż obecne tornistry pierwszoklasistów? Nie żartował, a co więcej dostałam dokładne instrukcje co mam spakować. Były to: jedna para długich spodni, jedna krótkich, siedem bluzek, jedna bluza z kapturem, ręcznik, jedna para wygodnych butów sportowych, bielizna i skarpetki, ale nie więcej niż w liczbie dziesięć, klapki i śpiwór. Tak miał wyglądać mój bagaż na ponad dwumiesięczną podróż i tak właśnie wyglądał.

     Spotkaliśmy się na lotnisku Suvarnabhumi w Bangkoku w Tajlandii. Myślę, że do końca życia będę pamiętała moment wyjścia z samolotu i to, co wtedy poczułam. To było coś niezwykłego, a nawet pokuszę się o stwierdzenie, że wręcz magicznego pomimo bardzo wysokiej temperatury i duchoty. Poczułam się szczęśliwa i nagle zrozumiałam, że świat należy do mnie. Nie umiałam sobie racjonalnie wytłumaczyć przypływu takich myśli. Nie da się tego opisać, to po prostu trzeba przeżyć. Oczywiste jest, że na pewno nie każdy podzieliłby mój entuzjazm o 5 rano po kilkunastu godzinach podróży i zmianie czasu; ale mi właśnie takie towarzyszyły odczucia. Do tego doszedł fakt, że w końcu po roku zobaczyłam się z bratem.

     Jednym z moich pierwszych pytań, było to gdzie będziemy spać. Piotr poinformował mnie, że na *Couch Surfing-u (wtedy jeszcze nie wiedziałam co to jest) znalazł nam nocleg na kilka dni, ale żebym się nie zdziwiła, bo będę spała na hamaku na balkonie, który dla mnie już został przygotowany, a on sam będzie spał na podłodze. Szczerze mówiąc nawet nie zmartwiło mnie to, a wręcz przeciwnie i już wtedy wiedziałam, że to będą niesamowite wakacje.

     Z lotniska, które dokładnie położone jest dwadzieścia pięć kilometrów od Bangkoku, pojechaliśmy różową taksówką. Osobiście sama taką wybrałam, a warto zauważyć, że taksówki w Bangkoku są w różnych, często jaskrawych kolorach, czego w Polsce na pewno nie spotkamy. Istotne jest też to, że kursy są bardzo tanie. Trzeba jednak uważać, jak uprzedził mnie Piotr, bo taksówkarze często nie włączają licznika, gdy klientem jest obcokrajowiec, a później żądają znacznie więcej pieniędzy (czasem nawet 10-krotnie więcej). W przyszłości zdarzyło nam się, nawet więcej niż raz, że gdy poprosiliśmy o włączenie licznika, kierowca odmówił nam usługi. Ciekawostką jest, że w Tajlandii obowiązuje ruch lewostronny, tak jak np. w Anglii.

     Po drodze do naszego lokum mijaliśmy przedmieścia Bangkoku, które były bardziej okazałe niż nie jedna  stolica w Europie. Sam Bangkok zrobił na mnie duże wrażenie, był ogromny, a dominujące „drapacze chmur” były wszędzie.

     Ugościł nas 31-letni Polak mieszkający od lat w Azji, a od pewnego czasu w Bangkoku. Był to bardzo ciekawy człowiek, wykształcony, znający kilka języków (w tym m.in. hindi i malajski), chociaż z pozoru na to nie wyglądał. Miał dużo tatuaży, a jego styl ubioru był delikatnie mówiąc luźny. Mieszkał wcześniej między innymi w Indiach i Malezji.

     Mieszkanie było małe. Składało się z jednego pokoju i łazienki. Była też oczywiście moja sypialnia, czyli niewielki balkon. Przed wejściem musieliśmy zdjąć buty.

     Byłam podekscytowana i nawet nie odczuwałam zmęczenia, nie chciałam iść spać. Zostawiliśmy rzeczy i wyszliśmy z mieszkania. Przechadzaliśmy się po Bangkoku. Idąc ulicą mijaliśmy małe stoiska, na których sprzedawano papierosy, przekąski (np. prażone owady) albo oszklone wózki wypełnione lodem, w których znajdowały się owoce na sprzedaż, już obrane i pokrojone, gotowe do spożycia.

     Pierwszy posiłek w Azji zjadłam w „ulicznym bufecie” dla miejscowych i osobiście uważam, że właśnie w takim miejscach mają najlepsze jedzenie a tajska kuchnia bardzo mi zasmakowała. Piotr zarekomendował mi danie, które nazywało się pad-thai. Był to makaron ryżowy, podsmażany na oleju arachidowym w wok-u (rodzaj patelni, z której korzysta się w Azji), z dodatkiem sosu sojowego, tofu, kiełek fasoli mung, chilli, czosnku, krewetek lub kurczaka, orzechów (fistaszków), jajka, cukru a na wierzchu skropione lionką. To było  naprawdę pyszne.

     Tego samego dnia odwiedziliśmy świątynię Wat Traimit, inaczej nazywana świątynią Złotego Buddy. Warto zauważyć, że przed wejściem do świątyni należy zdjąć buty, w przeciwnym razie zostałoby to uznane za obrazę. Pomimo, że nie jesteśmy z bratem zwolennikami zwiedzania to warto było to zobaczyć. Posąg Buddy zrobił na mnie duże wrażenie. Miał trzy metry wysokości, ważył ponad pięć ton i był cały ze złota, podobno to największy posąg Buddy na świecie.

     Zwiedzanie tego miejsca jest zazwyczaj wliczane w program zorganizowanych wycieczek, jednak nie spędziliśmy tam zbyt wiele czasu, a co więcej odkryłam, że zwiedzanie nie musi być nudne, jeśli odbywa się sprawnie. Wypadało również zobaczyć Świątynie Odpoczywającego Buddy - Wat Pho, ponieważ to największa i najstarsza świątynia w Bangkoku.

     Budda zajmował dosłownie cały budynek, a jego stopy były wielkości dwupiętrowego autobusu. Nic dziwnego, skoro cała ta pozłacana figura miała piętnaście metrów wysokości i czterdzieści sześć metrów długości. Zrobiliśmy trochę zdjęć i udaliśmy się na dworzec kolejowy, ponieważ następnego dnia chcieliśmy pojechać poza Bangkok, więc trzeba było się zorientować jak wygląda sprawa z biletami i ich dostępnością. Po drodze przechodziliśmy przez Chinatown, gdzie zaczepili nas Chińczycy w starszym wieku.

     Siedzieli na zewnątrz przy stole i jedząc popijali whisky, którym nas poczęstowali, nie wypadało odmówić. Poróżniła nas bariera językowa bo mówili tylko po mandaryńsku a angielskiego nie rozumieli. Mimo to posiedzieliśmy chwilę z nimi i poszliśmy dalej.

     Dworzec kolejowy w Bangkoku był pokaźnych rozmiarów. Była to wielka hala, wypełniona ludźmi, którzy siedzieli, a niekiedy leżeli na posadce. Często były całe rodziny, które czekały na pociąg. Ten widok skojarzył mi się z polem namiotowym.

     W kasie kupiliśmy bilety na następny dzień rano do Ayutthayi ale nie było to takie proste ponieważ kasjerka nie mówiła po angielsku – co nas wcale nie zdziwiło. Wywnioskowaliśmy, że nie trzeba kupować biletów z dużym wyprzedzeniem czasowym, sprzedawczyni była zdziwiona, że chcemy je kupić dopiero na jutro.

      Wieczorem, korzystając z kolejki miejskiej, pojechaliśmy na Khao San Road. Była to ulica w centrum Bangkoku, bardzo popularna wśród turystów. Pełno tam było kawiarenek, barów, klubów muzycznych, hosteli i straganów. W zasadzie to można tam było spotkać jedynie bawiących się i pijących turystów, lokalnymi byli jedynie pracownicy lokali. W jednym z barów zamówiliśmy sobie z bratem po ”mango shake-u” i porozmawialiśmy chwilę z nowopoznanymi Australijczykami. Opowiadali, że są po raz czwarty w Azji i, że to wciąga, a jutro jadą autobusem do Kambodży. W przyszłości poznaliśmy bardzo dużo ludzi, podróżujących po Azji i wypowiadających się w podobny sposób o Azji. Pożegnaliśmy się i opuściliśmy tą komercyjną ulicę. Poszliśmy zjeść, ponownie w „ulicznym bufecie”, tym razem „fried rice with shrimps”, czyli podsmażany ryż z warzywami, jajkiem i krewetkami, z sosem rybnym i chilli – również bardzo mi smakowało. Po jedzeniu udaliśmy się na typowo imprezową ulicę Bangkoku, z klubami i pubami.

     Przykrym zjawiskiem są bary, gdzie młode dziewczyny, często nieletnie, proponują swoje usługi seksualne, niestety jest to bardzo popularne w Tajlandii i nikogo to tu nie dziwi. Nawet widok nastolatki z pięćdziesięcioletnim mężczyzną. W Europie takie rzeczy nie są „na porządku dziennym”. Idąc ulicą stanął nam na drodze mały słoń. Byłam bardzo zaskoczona, co słoń robił późnym wieczorem na ulicy? Do dziś nie wiem.

     Zrobiło się późno, a ja byłam zmęczona więc wróciliśmy do naszego polskiego znajomego i poszliśmy spać. Tak wyglądał mój pierwszy dzień w Azji, i pomimo, że nic nadzwyczajnego nie robiliśmy, bardzo miło go wspominam.

Ania Dębczyńska

_______________

*Couchsurfing.org – strona internetowa założona na przełomie 2002 i 2003 roku przez Amerykanina Caseya Fentona, dzięki której można zaoferować darmowe zakwaterowanie lub znaleźć użytkowników oferujących nocleg we własnym domu czy mieszkaniu w wielu zakątkach świata. W początkowym okresie działalności na stronę zaglądali znajomi założyciela i znajomi znajomych. Dziś serwis cieszy się ogromnym zainteresowaniem: w 2013 serwis chwali się posiadaniem 7 mln użytkowników ze 100 tys. miast. [źródło]