Chiny według Bartka: część I

     Sobota, 13 lipca 2012 roku, godzina około 22:30. Masywny samolot osiąga płytę lotniska. Jeszcze tylko odprawa, której się nieco obawiam, w końcu to komunistyczne Chiny. Ludzie nie raz tak nimi straszą. W dodatku to mój pierwszy pobyt w Azji. Odbyło się jednak dość szybko i bez nieprzyjemności, jeśli nie liczyć nieciekawej sytuacji w kolejce z udziałem dosyć nerwowej reprezentantki rasy czarnej. Ale mniejsza z tym. Byłem zadowolony na myśl o bezpiecznym dotarciu na długo oczekiwane miejsce. Panował upał, na zewnątrz około 35 stopni w samym sercu gwieździstej nocy.

 

 

     Już od samego początku mego pobytu w nieprzewidywalnym Państwie Środka zaskoczyła mnie chińska życzliwość i gościnność obywateli. Nie zawiodła delegacja mająca odebrać mnie z Baiyun International Airport. Jako że musiałem chwileczkę poczekać na odbiór swojego zaopatrzonego bagażu, przed wyjściem czekała już na mnie gromada młodych, zaciekawionych Azjatów. Po serdecznym powitaniu i obdarowaniu mnie notesem z kontaktami oraz chińską kartą sim, "załadowano" mnie wraz ze świeżo upieczoną malezyjską koleżanką w taksówkę, kierującą się do hotelu, w którym to zdecydowano umieścić mnie na czas trwania pierwszej nocy. Pojechała z nami dwójka odpowiedzialnych za nasze osoby Chińczyków. Jako że ów hotel położony był w odległej części miasta, po drodze zdążyłem nacieszyć oczy pierwszymi, najświeższymi widokami nocnego Kantonu. Przyznaję, że z perspektywy nie znającego dalekowschodniej architektury Europejczyka robiło to wrażenie. Taksówka dojechała na miejsce, Chińczycy zapłacili za przejazd i skierowali mnie wprost do "noclegowni". Nie była to jednak "zbyt" nowoczesna area 13-milionowej aglomeracji. Ujrzałem stosy śmieci, porozrzucanych warzyw oraz owoców wprost na ulicy. Gdzieniegdzie przebiegały zbłąkane koty. Miałem lekkie zawroty głowy, spowodowane dość długim lotem i zmianą sfery klimatycznej, pogody i czasu. Pomimo późnej godziny (było około 2 w nocy), ludzie w średnim wieku rozkładali przenośne "grille" i piekli lokalne delikatesy. W niedalekiej przyszłości przekonałem się, że tacy ludzie stoją przy drogach z jedzeniem nie raz całe doby, próbując zachęcić spacerujących i zarobić co nie co na swe utrzymanie.

     W uliczce wiodącej do hoteliku porozwieszano sporo słynnych, czerwonych abażurów, pomimo wspomnianej późnej pory dużo obywateli, głównie ludzi starszych i dzieci, przesiadywało na środku chodnika, na ziemi, w piaskownicy. Prawdopodobnie nie było tu dla nich innego miejsca do życia. Widok białego podróżnika już od tamtego momentu wzbudzał zainteresowanie. Do tego trzeba się było przyzwyczaić.

 

 

    Po umieszczeniu bagażu w hotelowym pokoju i uregulowaniu rachunku z uśmiechniętą recepcjonistką, oddelegowano mnie w ręce dwóch sympatycznych chińskich studentek, które miały potowarzyszyć mi podczas kolacji. Pozostali Chińczycy i Malezyjka pożegnali mnie i udali na zasłużony spoczynek. Gadatliwe dziewczyny zaprowadziły mnie do ekskluzywnej i jedynej czynnej o tej godzinie restauracji, zwanej McDonald's. Zazwyczaj nie mam problemów z nawiązywaniem nowych znajomości, tym razem nie było inaczej. Szło się dogadać i fajnie pogawędzić z Chinkami. Do dziś wspominają z uśmiechem, że pierwszym pytaniem, które im zadałem, było : Gdzie się znajdują najlepsze w mieście kluby i puby?

     Nazajutrz miałem urodziny, i tym razem moje nowe towarzystwo nie zawiodło, przygotowując mi eleganckie przyjęcie. Ale to już inna bajka.

     Zdziwiło mnie, że wszyscy młodzi Chińczycy, których poznałem, noszą angielskie imiona. Często nie tyle nawet imiona, co zwykłe słowa codziennego użytku, angielskie. Szybko mi jednak wyjaśniono wątpliwości. Otóż każdy Chińczyk uczący się angielskiego i pragnący nawiązać jakiekolwiek kontakty z "forejnerami", wybiera sobie angielskie imię (często jako dziecko w szkole podstawowej) i pod takowym imieniem funkcjonuje wobec obcokrajowców. Ich prawdziwe imiona byłyby dla nas za trudne.

     Co mnie jeszcze zaskoczyło, zszokowało podczas pierwszych dni pobytu w Kraju Smoka ? Miażdżący brak znajomości angielszczyzny. Poza wąską grupą studentów (wąską, gdyż nie wszystkich z nich to dotyczy) społeczeństwo nie ma przyswojonych podstaw języka. Co jakiś czas trafi się urzędnik bankowy, znający angielski. Nie licząc takich poszczególnych niespodzianek, turysta nie ma żadnych nadziei dogadać się z lokalnymi na jakikolwiek temat. Zatem w wypadku braku Chińczyka bądź osoby władającej językiem kantońskim/mandaryńskim, byłem z reguły skazany na porażkę. Czułem się całkowicie bezradny, mając kłopot z zamówieniem herbaty w McDonald's, znalezieniem drogi do metra, toalety, bądź próbując doładować telefon w jakimkolwiek sklepie. Przestrzegam zatem przed podróżowaniem na całkowicie swoją rękę. To zbyt hardcorowe miejsce, nawet jak dla największych twardzieli. Bardziej szalone są chyba tylko Indie.

 

 

     Co mogło mnie zszokować ? Oczywiście kulinaria, a mianowicie to, że drugiego dnia mego pobytu w Azji zobaczyłem restauracyjki z oknami poobklejanymi menu i zdjęciami potraw, wśród których królowały kurze odnóża oraz kurczaki podawane i zjadane w całości, z głową, oczami włącznie. Nie ukrywam, że był to straszny widok, co dla towarzyszących mi Chińczyków było zwyczajne, normalne, bądź, uwaga, pyszne. Tak, to prawdziwe przysmaki w tym kraju. Dziękuję, pozdrawiam i nie skorzystam. Do tematu chińskiej kuchni i tego co mnie jeszcze w niej zaskoczyło, zamierzam powrócić w osobnym temacie.

     Podczas pierwszego tygodnia zaskoczyło mnie również rozbudowane, 8-liniowe metro (wkrótce miałem jednak okazję pojeździć dużo większymi w Pekinie oraz Szanghaju), niesamowicie zatłoczone. I tu się muszę pilnować, aby nie użyć brzydkiego słowa, gdyż przykro mi bardzo, ale podczas jazdy takowym środkiem transportu w "godzinach szczytu", które jakimś cudem były ZAWSZE, charakterystyczne i mało eleganckie, bądź co bądź jednak powszechnie używane polskie czułe słówka same cisnęły się na usta. Biorąc pod uwagę również fakt, że w metrze tym miały miejsce co i raz różne "dziwne" sytuacje. Tak, jest to jeden z aspektów życia codziennego w Chinach, za którym nie tęsknię. Największą zaletą metra był dostępny zasięg w telefonie.

 

 

 

     Na początku podróży zaskoczył mnie również stan chińskich akademików. W akademiku spędziłem tydzień, po czym przeprowadziłem się do "rodziny zastępczej" (ale o tym również innym razem, ażeby nie przynudzać). Dzieliłem niewielki pokój z 3 Chińczykami (jednym z nich był ten, który odebrał mnie z lotniska i zawiózł do hotelu pierwszego wieczoru), z którymi jednak błyskawicznie nawiązałem całkowicie pozytywne relacje. Tematy naszych rozmów stanowiłyby dobry materiał na kolejną notkę. Domy studenckie nie są koedukacyjne, odseparowane na damskie i męskie. Warunki panujące w akademikach nie należały do najlepszych, delikatnie mówiąc (miałem jednak szczęście mieszkać w akademiku medyka, ten od polibudy to dopiero była tragedia). Studenci mają bardzo mało przestrzeni dla siebie, plusem jest to, że każdy pokój posiada pokaźny balkon z dobrym zabudowaniem, osobny prysznic, kilka zlewów, suszarkę i toaletę (a typowa chińska toaleta to po prostu spłuczka i dziura w podłodze). Sam budynek wewnątrz wyglądał jak więzienie, szary i obdrapany. Na drzwiach windy przyklejony był kolorowy plakat, zawierający zdjęcia młodych Chińczyków - członków partii komunistycznej, silnie propagandowy i "zachęcający" do przystąpienia i powiększenia oddziałów. Chwyt ten nie na wszystkich jednak działa, sami ludzie mają do partii różne podejście. Ale do tego również powrócimy.

     Również to, że w Chinach ludzie starsi są bardzo aktywni i pasjonują się sportem. Każdego wieczoru na deptaku wzdłuż Perłowej Rzeki odbywała się uliczna lekcja tańca/aerobiku, w ciągu dnia zaś ludzie grają w tenisa, squasha, biegają (nie ma to jak jogging na samym środku ulicy przed pędzącym autobusem), jeżdżą na rolkach bądź też trenują gimnastykę. I jest to całkowicie normalne. W parkach znajduje się sporo ulicznych "siłowni", z których może korzystać każdy i o każdej porze. Bardzo korzystne rozwiązanie. To dlatego wyglądają tak młodo i czują się zdrowiej niż przeciętni mieszkańcy Starego Kontynentu. Młodzi nie są jednak z reguły wysportowani - nie mają na to czasu, pochłonięci studiami (o, i tu także się różnimy), szukając możliwej pracy w ogniu konkurencji, jak również z tego powodu, że korzystanie np. z siłowni jest w Chinach bardzo drogie. Przynajmniej jeśli chodzi o Kanton, co do innych miast przyznaję się szczerze że nie wiem.

 

 

     I tak na koniec... Porażający kontrast społeczny. Przechadzamy się bogatymi dzielnicami, mijamy 7-piętrowe, całkowicie wybajerzone centra handlowe umożliwiające wszechogarniającą rozrywkę, ekskluzywne butki, sklepy najdroższych marek, mijamy eleganckie samochody, panów w garniturach i pod krawatem, bogate restauracje i wpływowo ubrane zamożne Chinki, wystarczy jednak odwrócić wzrok by zobaczyć przerażającą biedę. Ludzi żebrzących w każdym możliwym miejscu, przy pasach, leżących grupami na chodnikach, sprzedając najniższej jakości badziewia bądź żebrząc. Mnóstwo okaleczonych, bezdomnych ludzi żyje na ulicy, mieszka w piaskownicach, byle gdzie, gdzie tylko mogą. W przeciwieństwie do Polski nie ma tu alkoholiku, organizm Chińczyków nie toleruje zbyt dużej ilości procentów. I ich żebranie nie wygląda tak jak u nas. Kalecy i bezdomni potrafią podążać za przechodniem, wejść w środek tłumu, do metra, łapać za nogawki, rękawy itp., krzyczeć. Szczególnie upodobali sobie obcokrajowców. Wiadomo, jak przyjechali z daleka, to siłą rzeczy musieli zaopatrzyć się w pokaźny kapitał. Jest to naprawdę straszne i daje do myślenia. Jest to jednak domeną wszystkich ogromnych państw, również Brazylii bądź Meksyku. Oglądając takie rzeczy człowiek zaczyna doceniać własny dobrobyt.

     O tym, co mnie jeszcze zaskoczyło (a państwo takie jak te zaskakuje każdego dnia i o każdej porze) wkrótce. Zapraszam do dalszej lektury.