Bartek w Singapurze

Singapur nie jest może moim ulubionym, ale zdecydowanie najbardziej zadziwiającym i niecodziennym miejscem, jakie miałem szansę odwiedzić. Miasto-państwo (wyspa ?) w 100-procentach zurbanizowane, gdzie nie funkcjonuje centymetr niezagospodarowanej przestrzeni, o niewielkiej powierzchni (jednej z najmniejszych na świecie), a jednak posiadające wszystko, czego w dzisiejszym, kosmopolitycznym świecie potrzeba ludzkiej duszy – a ja osobiście uważam je za najlepszy na Ziemi kraj do zamieszkania, i do takiego zamiaru dążę, choć jak wiadomo nie będzie łatwo. Dlaczego tak sądzę, czym mi ten skrawek planety zaimponował, za co można tam dostać kulkę, jakiej wynikającej z własnej głupoty przykrej „przygody” doświadczyłem (co zdarza się w każdym kraju, do którego podróżuję) i co w całej tej kolorowej bajce robi szanowny Lew – postaram się w dalszej części wypowiedzi opowiedzieć.



Do Miasta Lwa wyleciałem z Jakarty elegancką linią Tiger Air w towarzystwie znajomej Indonezyjki, o poranku po odbytej poprzedniej nocy imprezie w indonezyjskiej „klubokawiarni”, zaznaczę że nie było problemem wstać rano na nogi i odbyćkontrolę na lotnisku ;) Samolot był praktycznie pusty, a zaledwie godzinę po starcie silników moim oczętom ukazał się widok wyspy i otaczającego ją zielonego morza, zbliżającego się do mnie im bliżej do lądowania. Przyznam, że trochę bałem się tego lotu (no w najmniejszym stopniu nie tak jak z Kolombo do Jakarty…), ale jak tylko dotknęliśmy kołami nawierzchni lotniska cieszyłem się jak mały gówniarz. W kolejny szał wpadnę kiedy zobaczę Merliona i strzelę mu milion zdjęć, a drugi milion turystom proszącym o foto. Pojutrze wyjedziemy stąd autokarem do pełnej ekscytujących wrażeń Kuala Lumpur. No ale o moich przeżyciach później, a jak już wylądowałem, to może opowiem cokolwiek o Singapurze tym, którzy nie mają o nim bladego pojęcia.

Leżący na Archipelagu Malajskim drugi na świecie (po Szanghaju) port morski zwany Singapurem, niegdyś Gibraltarem Azji a obecnie również Miastem Lwa (z sanskrytu sinha – lew, pura – miasto, malaj. Singapura, samo słowo może oznaczać również „przerwę w podróży”, co by wiele tłumaczyło) to właściwie sztuczny twór, ustanowiony po raz pierwszy w XII wieku przez przybyłego z Sumatry księcia, a od 1965 roku niepodległy od Wielkiej Brytanii oraz Malezji. Wtedy funkcjonował jeszcze jako biedna wioska rybacka, natomiast od chwili odzyskania niepodległości do czasów dzisiejszych stanowi niebywale prosperującą i wzrastającą potęgę międzynarodową – a wszystko zaczęło się od otwarcia granic morskich na towar napływający z zewnątrz.

Należący do ligi ASEAN Singapur, jeden z najbardziej zaludnionych krajów świata (drugi po Monako tak przy okazji), nie jest jednak miejscem zatłoczonym – nie uraczyłem i nie uraczę tu fali ludzkiego tłumu, które widziałem w Hongkongu, Chinach czy (przede wszystkim) Indonezji. Dlaczego ? Duże znaczenie ma tu uporządkowany ruch uliczny (lewostronny oczywiście, jak w większości krajów regionu) spowodowany nakładaniem wysokich podatków (tzw. zezwoleń) na każdego posiadacza maszyny czterokołowej (warto w tym miejscu zaznaczyć, że w Singapurze przy niebywałych kosztach życia i jeszcze wyższych zarobkach obywateli podatki są bardzo niskie, praktycznie znikome). To i szereg innych faktów, a wśród nich głównie dbałość o czystość środowiska (solidnie egzekwowana przez prawo i władze) i fantastycznie rozwinięta sieć transportu miejskiego sprawia, że na drogach samochodów jest mniej, nie ma tu korków ulicznych, a powietrze pozostaje świeże – i wszyscy są zadowoleni. W tak silnie zurbanizowanym mikrokosmosie na czystość środowiska wpływa również obecność parków (w tym najsłynniejszy Park Orchidei), nielicznych lasów i miejskiej zieleni. Jest na czym oko zawiesić i gdzie odetchnąć. Mamy też słynną wyspę Sentosa (której temat rozwinę w późniejszej części notatki) i plażę z drewnianymi domkami i mostem linowym, gdzie można wypocząć po ciężkim dniu pracy (albo w moim przypadku penterowania nieznanych singapurskich zakątków) i zanurzyć w Morzu Południowo-Chińskim. Można by powiedzieć, uciec od wielkomiejskiego zgiełku. Tylko że w Singapurze tego zgiełku naprawdę się nie odczuwa.



Wycieczka do Singapuru była dla mnie trochę jako lot w kosmos, albo wyprawa w świat znanych z dzieciństwa Jetsonów – ze względu na nowoczesność i unikalność tego miejsca, które ciężko mi było porównać z jakimkolwiek innym (no, ewentualnie Hongkong, ale to też nie to samo), ze względu na zupełnie odległy od miejsca rodzinnego poziom rozwoju. Przepych i luksus porównywalny z Dubajem, co można także powiedzieć o poziomie uprzejmości i elegancji miejscowej ludności – a co najbardziej zdumiewa w tym wszystkim to styl życia i mentalność obywateli właśnie, gdzie w jednym z najbardziej zamożnych i najlepiej prosperujących miejsc Ziemi ludzie się nigdzie nie śpieszą, nie wchodzą innym w drogę i zawsze znajdą chwilę dłuższą lub krótszą, by odpowiedzieć na zapytanie turysty, odbyć rozmowę lub oprowadzić po mieście (a nawet zapłacić za bilet na metro czy też zaoferować gościnę we własnym domu przy plaży !). Nie ma mowy o jakiejkolwiek przepychance w metrze, autobusie czy innym miejscu publicznym. Są bardzo pomocni, ale z tą pomocą to różnie bywa, zwłaszcza gdy przez 1,5 godziny kręciłem się o jednej dzielnicy szukając hostelu, do którego każda jedna napotkana osoba wskazywała mi inny kierunek (a hostel był dosłownie tuż za rogiem). No cóż, to na pewno te chińskie naleciałości wpłynęły na brak orientacji w terenie. Wspominając uczynność lokalnych nie wymieniam jednej osoby – ludzie żyjący tam tacy po prostu są, cechują się wysoką kulturą osobistą, perfekcyjnym angielskim i dużą dawką swobody i elastycznego podejścia do życia, tak odmiennego od mieszkańców znanych nam metropolii i betonowych dżungli. Te cechy ich łączą, dzieli zaś wiele innych – jak głównie nacje.

W Singapurze mamy przecież 4 oficjalne języki – czyli angielski, mandaryński, malajski oraz tamilski. Populację liczącą około 5,4 mln ludzi „budują” w około 76 % Chińczycy, 14 % to Malajowie, 8 % - Hindusi a zaledwie 2 % ludność pochodząca z innych krajów Azji bądź Zachodu (trudno tam o imigrację osób z zewnątrz, dlatego właśnie jest tam tak, jak jest). Pod względem rasowym sytuacja jest tu więc bardzo podobna do tej w sąsiadującej Malezji. Na ulicach, w metrze, w barach, sklepach czy miejscach typowo turystycznych jest więc bardzo (nie używając tego słowa w kontekście obraźliwym) „kolorowo”. Ja osobiście podczas swojego krótkiego pobytu w Singapurze czułem się jakbym zwiedzał 4 kraje naraz – spacerując od dzielnicy chińskiej, przez malajską, na hinduskiej kończąc. I biali turyści dookoła, a także dużo bardzo lubianych przeze mnie Japończyków, którzy swego czasu trochę tu namieszali (jak wszędzie prawie w Azji) a obecnie rozbudowali filie japońskich firm. Dużo też na zasadzie turyści, czyli ci latający z aparatem i głośno wyrażający swoje emocje, strzelając przy okazji kilka fotek ze mną na tle panoramy nocnego Miasta Lwa i hotelu ze statkiem na szczycie.

Ludzie są dobrze ubrani, robią zakupy w najdroższych butikach i centrach handlowych, wydają krocie w uwadze o swój wizerunek – „gdzie pieniądze, tam ludzie piękni”. Czy ja wiem, takie stwierdzenie moim zdaniem na pewno nie trzyma się Tajlandii. Myślę, że Sri Lanki również. Widać mają to coś, że mając o niebo niższe dochody niż mieszkańcy posażnego Singapuru wyglądają podobnie a nawet lepiej od nich ;)

Dominującą religią jest buddyzm, ale również hinduizm, konfucjanizm (to w zasadzie filozofia), chrześcijaństwo (które ponoć przeżywa tam swój rozkwit) i islam. Sami zainteresowani o Polsce nie wiedzą nic, a jak dotąd raz tylko zdarzyło spotkać w Polsce Singapurczyka, zamieszkałego zresztą w Warszawie. Co ciekawe, chłopak był chrześcijaninem, a pierwszy raz trafił do naszego kraju przy okazji pielgrzymki do Częstochowy.

W Singapurze ze względu na wielokulturowość i liczne religie odbywa się więc wiele ciekawych kulturalnych festiwali, sam Nowy Rok obchodzi się cztery razy, w zależności od danej grupy społecznej. Przy czym brak zamieszek i konfliktów religijnych, czy nawet jakichkolwiek innych – Singapur przy bardzo konkretnie zorganizowanym prawie (czytałem, że rozprawy sądowe nie trwają tam nigdy dłużej niż jeden dzień) i nieziemsko sprawnej działalności policji oraz wojska jest jednym z najbezpieczniejszych państw świata, o ile w ogóle nie najbezpieczniejszym. Panującego tu porządku pilnuje tu wiele często absurdalnych dla nas praw, ale jak widać skutecznych. Co mnie głównie zadziwiło to zakaz żucia i posiadania gumy (dostępnej jedynie na receptę od lekarza lub w aptece ! co dla mnie było ogromnym szokiem, mając na uwadze moją maniakalną obsesję na punkcie świeżego oddechu ; władze chcą w ten sposób uchronić mieszkańców od często towarzyszącego nam w Polsce „sympatycznego” doświadczania odnajdywania pozostawionej w prezencie po kimś gumy do żucia właśnie na ławkach bądź też siedzeniach czy innych), za co grozi grzywna, zakaz lubianych przez nas coraz bardziej (choć nie przeze mnie) skoków na bungee, trzymania kotów w rządowych mieszkaniach ( :D ), palenia i picia w miejscach publicznych (czy nawet przewożenia papierosów zza granicy), jedzenia i picia w środkach komunikacji publicznej, nawet w taksówce (no, za kebsa w autobusie to i w Warszafce można ostatnio mandat złapać). Zakazane jest również piractwo komputerowe, a z „internetowych” spraw również pornografia oraz publikowanie nagich bądź homoseksualnych zdjęć w sieci (jeśli chodzi o sam stosunek do homoseksualistów to nie wiem, ale widziałem na zewnątrz dwójkę spacerujących pod rękę lesbijek i wydawało się, że nikt nie robi im z tego powodu żadnego problemu). Sam dostęp do Internetu jest w pełni swobodny, podobnie jak w Hongkongu zresztą i w przeciwieństwie do np. Chin czy innych krajów komunistycznych Azji. Media kontrolowane są przez rząd. Prostytucja sama w sobie jest legalna (Singapur jest drugim i jedynym krajem po Indonezji Azji Południowo-Wschodniej z zalegalizowanym nierządem) i to od 16 roku życia, sama działalność z nią związana czyli prowadzenie burdeli i sutenerstwo (alfonsowstwo ?) jest zakazane.  Co nie oznacza, że domów publicznych jako takich tu nie ma – są nawet wielopiętrowe budynki… Co ciekawe, seks oralny jest również nielegalny. Nie mam niestety żadnych danych na temat kontroli i karania tego typu „wykroczeń”.



Fascynujący i Singapur jest czyściutką mieściną, a to dlatego, że za wszelkie śmiecenie, zrywanie kwiatów, plucie czy nawet dokarmianie ptactwa grożą surowe kary pieniężne. Mało tego, również za „niegrzeczne” zachowanie typu zaczepianie kobiet, wandalizm, graffiti, obraza cudzych poglądów religijnych czy politycznych, a nawet wulgarne słownictwo, „nie spuszczenie” po sobie wody w toalecie (!) bądź też śpiewanie piosenek, nazwijmy to „obraźliwych” grozi chłosta, mandat a nawet więzienie. Nie wspominając o surowych karach, jakie czekają rzezimieszków prowadzących samochód czy inny środek transportu pod wpływem alkoholu. Za posiadanie bądź przewóz narkotyków grozi natomiast bezwzględna kara śmierci, z tym ostatnim trzeba więc nad wyraz ostrożnie. Kara śmierci grozi również za gwałt, morderstwo, rozboje a nawet posiadanie broni i korupcję wśród urzędników – Singapur należy więc do najmniej skorumpowanych państw świata (i jak widać, wszędzie niemalże jest naj ;)) Na każdym kroku znajdujemy tabliczki nakazujące i zakazujące nam czyny niedozwolone. Wszystkie te przepisy natomiast powodują, że w nocy można bezpiecznie wyjść wszędzie, gdzie ma się ochotę, a współczynnik przestępczości jest jednym z najniższych na świecie. Podkreśla to zatem moje wcześniejsze zapewnienia na temat bezpieczeństwa i harmonii w Mieście Lwa.

Samą gospodarkę bajecznego Singapuru poza portem napędza świetnie rozwinięta singapurska medycyna, centra bankowe i obroty finansowe, oficjalnie uznane za najlepsze na świecie linie lotnicze i lotnisko Changi (jest naprawdę i szczerze magiczne !), drugi na świecie (po Las Vegas i przed Makau) rynek ekskluzywnych kasyn (które rzecz jasna widziałem jedynie z zewnątrz) i potężna rafineria. Jednak pomimo napływu inwestorów i bogactwie równemu Caledonowi Hockley, jak w każdym kraju świata, tu również jest bezrobocie. Wynosi jednak 2%, a ubogich widzi się na ulicach naprawdę mało, nie można jednak powiedzieć, że biedy i bałaganu tu nie ma, jest on tu jednak nieporównywalny z nie tak bardzo od Singapuru krajami Azji…

W Singapurze mamy najlepszy ponoć park wodny w Azji, kilka innych parków rozrywki (głównie na wspomnianej wyspie Sentosa), jak np. słynne Universal Studios Singapore (i szczerze mówiąc wcale nie jakieś mocno drogie w porównaniu z EuroDisneylandem), tak więc fani aktywnego wypoczynku, rodzice z dziećmi czy Ci z Was, którzy sami mentalnie są dzieckiem lub chcą się nim poczuć znajdą tu swoje miejsce ;) Miłośnikom bardziej spokojnego odpoczynku polecamy piękne ogrody botaniczne bądź też Muzeum Motyli, co kto lubi. Bo co kraj, to motylki.


Jak już zazwierzęczyło, to porozmawiajmy o moim ulubionym LWIE :) Wiąże się z nim kilka legend, ja słyszałem o trzech. W dużym skrócie symbolika lwa może więc mieć swoje korzenie w doświadczeniu wspomnianego przybyłego z Sumatry pierwszego króla Malajów Sang’a Nila Utama, który to po dotarciu na obdarzoną białym piaskiem rajską wyspę o dźwięcznej nazwie Tamasek ujrzał tam galopującego lwa i zatrzymał go w swojej pamięci. Inna teoria głosi, że w czasach starożytnych potężne lwo-rybo podobne stworzonko chroniło mieszkańców małej wyspy na skraju Półwyspu Malajskiego, paląc nadciągających wrogów ogniem z czerwonych oczu (pewnie trochę bardziej czerwone niż moje o poranku), pewnego dnia natomiast w obliczu „straszliwej burzy” stworzenie miało osłonić swym ciałem mieszkańców enklawy. Tak więc syreni lew nazwany Merlion (który ma dziś w SG 9 pomników ; największy bo 37-metrowy na wyspie Sentosa, najsłynniejszy i najładniejszy moim obiektywem na Esplanade ma koło 8 metrów) jest uważany za zbawiciela, dobrego ducha i symbol Singapuru, kultywowany po dziś dzień (do tego stopnia, że kiedy 6 lat temu bodajże poczciwego kocura trzasnął piorun Singapurek zalała fala przesądów na temat upadku kraju). Chodzą plotki, że obie legendy są wyssane z palca, a sam lew to zwykły chwyt marketingowy stworzony na potrzeby konsumentów w latach 80. w celu reklamy singapurskiej turystyki. Pozwólcie mi proszę wierzyć w tę drugą wersję. No dobra, pierwsza też jest ok.



Z tych najbardziej pozytywnych aspektów drapieżnego i spektakularnego Singapuru wart koniecznego podkreślenia jest fakt, że zwiedzanie w większości jest tu darmowe – tak więc śwątynie oraz wizyty w parkach, miejscach zabytków znajdujących się na wolnym powietrzu, wizyta i wegetariański posiłek u mnichów buddyjskich, przejazd kolejką na wyspę Sentosa czy wiele, wiele innych są całkowicie do naszej dyspozycji. Ratuje to nas przy kosmicznych singapurskich cenach. Moim ulubionym miejscem pozostanie Marina Bay Sands na Esplanade z lewkiem i widokiem na słynny hotel ze statkiem na szczycie, czyli Marina Bay – będący prawdopodobnie najdroższym ośrodkiem wypoczynkowym na świecie (i tak w istocie pewnie jest), a także Marina Bay Sands Skypark, gdzie po wizycie w chińskim Zhangjiajie National Forest Park rok wcześniej powróciłem w magiczny świat Avatara. Bardzo romantyczne miejsce swoją drogą. A w jednej z (nazwijmy je kolumnami) kolumn prosperuje nocny klub. Dla każdego coś dobrego. Ponadto, na deptaku Esplanade zaraz za okazałym białasem mamy sklep z pamiątkami, gdzie można kupić Merliona w setkach postaci, od magnesów (który przywiozłem), po koszulki, figurki, maskotki, kubki, ręczniki czy widokówki. Następnym razem (w drodze na mą Dharmasiswę) obkupię się tam za wszystkie czasy.

Jeśli chodzi o kuchnię, to poza szeregiem chińskich, malajskich i hinduskich knajpek i restauracji (chińskie są najtańsze ale absolutnie nie polecam, malajskie i jeszcze bardziej hinduskie szczerze tak ; za stosunkowo niską w porównaniu do lokalnych kosztów cenę można elegancko i smacznie nasycić swój żołądek, a przy okazji porozmawiać z sympatyczną obsługą i poobcować z egzotyczną dla nas kulturą – namęczyliśmy się trochę i naspacerowaliśmy z Kezhią, żeby wreszcie trafić na tanie i dobre) to są tu też potrawy bardziej kojarzone z Singapurem samym w sobie (które czerpią wzorce również z tajskiej bądź kantońskiej gastronomii), a wśród nich te najbardziej popularne to mee siam (nie tajski, a typowo singapurski ; smażony makaron najczęściej z krewetkami, jajkiem, sosem pieczeniowym, fasolą oraz soją w mleku kokosowym) lub mee rebus (makaron smażony zagęszczony ziemniakami, z wołowiną, w słodko-pikantnym sosie z nutą goryczy, chilli i fasolą), jak również kambing, czyli pikantna zupa z baraniny, char siew – słodko-ostry ryż z dodatkiem wołowiny bądź murtabah – placek mięsno-warzywny w sosie i przyprawie curry. W Singapurze jada się bataty (słodkie ziemniaki), dużo potraw z alg morskich, często smaży się w mleku kokosowym a z przypraw popularny jest szafran, ale też chilli, czosnek, imbir, cytrynę, miętę czy sosy rybne. Z napojów polecam słynne puszkowane mleko kokosowe z wodą i syropem cukrowym, czy (co miałem okazję wcześniej próbować w Chinach) sok z trzciny cukrowej.


Z moich osobistych doświadczeń to podczas pobytu na Sentosie miałem szansę zostać przypadkowym uczestnikiem The Color Run (Festiwal Kolorów, podobny do tego, który mieliśmy ostatnio w Toruniu :)), no i na jakiś czas moje życie zabarwiono na różowo. Na pamiątkę zdjęcie z grupką uczestników i kilka nagranych materiałów filmowych.

Jeśli chodzi o alkohol czy papierosy to jest to w Singapurze wydatek konkretnego kalibru, podobnie jak bilet dzienny na transport (podkreślam dzienny, bo ważny tylko do północy, nieważne o której kupisz ; nie-warszawski a Kopciuszkowy styl). Znaleźliśmy jednak za pomocą zawsze potrzebnego Internetu dwa kluby, gdzie nie musimy płacić za wejście. Dla chcącego nic trudnego, Singapore Sling świetnie reprezentuje krainę swojego pochodzenia.


.

Omawiane szczegółowo wyżej bezpieczeństwo bezpieczeństwem, ale plątając się po hinduskiej dzielnicy Little India, pomimo mojego głębokiego zamiłowania do ichniejszej kultury czułem chwilami mały niepokój, jakoś tak dziwnie patrzyli i nie było to do końca fajne. Nikt mnie nie zaczepił i nic nie zrobił, ale sam bym się tam chyba ponownie nie wybrał. W SG widziałem też scenkę tak bardzo nietypową samą w sobie, czyli para młodych rodziców pluskających z małym dzieckiem w morzu, całą trójką porozumiewając się biegłym angielskim. Czegoś takiego nigdy wcześniej nie widziałem i myślę, że w żadnym innym kraju Azji nie uświadczę. W zasadzie jedynymi ludźmi, którzy nie mówili w Singapurze po angielsku, była dwójka spotkanych w środku nocy młodocianych (na to wychodzi że turystów) towarzyszy pochodzenia chińsko-podobnego, a więc w ich przypadku mnie to nie zdziwiło wcale, a nawet rozbawiło. A co może rozbawić innych ale nie rozbawiło mnie tamtej nocy to kara za moją głupotę, która wpłynęła dość silnie na całokształt mojego tournée. Do rzeczy - stało się konkretnie to, że wykorzystałem całe bogactwo swojej karty bankowej (w Singapurze o to nietrudno…) i wobec tego chciałem użyć nieśmiganej, nigdy wcześniej nie użytkowanej karty bankowej, bo na podróże po Azji miałem przygotowane dwie. No i niestety całkowite zaćmienie, gdy automat nakazał mi podać PIN. Raz, drugi, trzeci i hej, aż mi maszyna świeżutką kartę zabrała i cały kapitał na niej. Niby nie było to doświadczenie najcięższego kalibru i podczas swoich wcześniejszych i dalszych podróży odkryłem i jeszcze odkryję, że stać mnie na dużo więcej, to doprowadziło to do szeregu niepożądanych sytuacji, wpłynęło niefajnie na mój pobyt w Krainie Lwa i postawiło wyjazd do Malezji pod znakiem zapytania. W finale wszystko się pozytywnie skończyło, ale wolałbym tamtego zdarzenia uniknąć, bo pozostawia ogromną plamę niesmaku na mapie moich lwich wspomnień i niechętnie powracam do tego myślami. Mądry Polak po szkodzie a życie płynie dalej…

Mój wywołany ograniczonym kapitałem krótki pobyt w z mojego punktu widzenia nieco odrealnionym miejscu, jakim jest Singapur pozostawił we mnie niedosyt i chęć powrotu, tęsknotę za spacerami wzdłuż odbijającej tysiące świateł wody, niezwykłością ludzkich charakterów i mordą sympatycznego lwa. Jest dla specjalnym punktem na mapie (jak sami Singapurczycy nazywają swój kraj „czerwoną kropką”), do której planuję dążyć, nie tylko podróżnie, ale też zostać na jakiś czas częścią tego raz już odkrytego, nieznanego mi wcześniej świata. Nikt nigdy nie mówił, że będzie lekko, ale po to jest życie, żeby je w pełni przeżyć.

.

To już kolejna relacja Bartek, tym razem poznajemy Singapur. Zapraszamy do lektury :)http://www.studiawschodnie.umk.pl/index.php?id=bartek-w-singapurze

Posted by Studia Wschodnie UMK on 12 czerwca 2015